,,Dziennik z Iowa" jako efekt zetknięcia z kulturą amerykańską



   Grzegorz Musiał jest pisarzem, który przeszedł prawdziwą metamorfozę. Prawdziwą, bo o 180 stopni: ze zwolennika liberalizmu obyczajowego (był prekursorem prozy gejowskiej w latach 80.)przeistoczył się w zdecydowanego przeciwnika liberalizmu, w świadomego pisarza, który swoje życie buduje na nowo, odnajdując i szanując wartości religijne. Jego późniejsza proza nawołuje do pielęgnowania tradycji i kategorycznego sprzeciwu wobec nihilizmu.
   Dziennik z Iowa. Zapiski z Ameryki to relacja z dwuletniego pobytu stypendialnego pisarza na Uniwersytecie Iowa. Na owe warsztaty pisarskie zakwalifikowali się pisarze z całego świata. Amerykańska codzienność okazała się dla Musiała zbyt wielkim przeżyciem i szokiem kulturowym, by móc zachować wspomnienia tylko dla siebie, nie spisując swych przemyśleń dla Polaków.  

     Musiał relacjonuje, że za oceanem w telewizji nie ma ambitnych programów, społeczeństwo chce jedynie rozrywki,  a każda próba  poważniejszych medialnych dyskusji — chociażby literackich — może spotkać się z falą wzburzenia wśród obywateli, którzy po ciężkim dniu pracy oczekują na ekranach jedynie prymitywnej formy uciechy: odpoczynku przy poradach kulinarnych i emocjonowania się wszelką formą rywalizacji sportowej. Pisarz nie odnajduje się w tym świecie powszechnego niebytu wartości:
 Życie tutaj to  straszne, ostateczne wyzwanie. Jak żyć tutaj? To próba życia bez Boga, za to wśród wszystkiego, absolutnie wszystkiego, co ludzkość wymyśliła, aby sobie ten brak wynagrodzić. 
 Zarzuca Amerykanom wzmożone skupienie się na swojej cielesności: nie rozumie jak to możliwe, że swoją fizyczność są w stanie ciągle wywlekać na zewnątrz. Brak im natomiast refleksji, pracowania nad swoim wnętrzem. Potwierdzają to cytaty pisarza: 
 Dzieci swe wychowują przez ściśle określony czas i jakby trochę z musu. Karmią je, opierają, kształcą, tłumaczą, do czego służy każda część ciała w parze i osobno, po czym szykują świeczki na tort w osiemnaste urodziny i won. Rodzice na upragnioną emeryturę, w podróże, a ty martw się sam swoim życiem. Okrutne, dzikie, cielesne. Jak ten kraj. I mądre, jak mądre potrafi być zwierzę. A jeszcze bardziej — roślina; Kultura im przeszkadza, finezja jest czymś zbędnym, zupełnie niepraktycznym.
    Wiele zapisków dotyczy również postrzegania Polski. Musiał zauważył, że amerykańskie społeczeństwo patrzy na cały świat z wielkiego dachu, jakim jest ich kraj. Patrzy z pozycji moralisty, nauczyciela: Jak oni kochają pouczać tych TAM — beztrawnikowych, bez piwno-puszkowym, bezkosiarkowych... Pouczać Polskę. Walczy też ze spychaniem Polski w świat Wschodu: Dlaczego Finlandia, która leży na wschód od Polski, ma być krajem Zachodu, a Polska, która leży na zachód od Finlandii, Europą Wschodnią. Jak naprawdę przebiega podział na Wschód i Zachód w Europie? 
     Ubolewa nad wypieraniem katolicyzmu, nad postrzeganiem go jako zabobonu, widzianego już tylko jako ciemnogród europejski: Ta stara panna będzie trzy dni płakała nad zamarzniętym wróbelkiem, a żebrzącemu dziecku da szczypa w policzek i wykład o samoumartwianiu zamiast paru centów. Nie znam większej hipokryzji niż ta, którą wydała ta kultura.
     Z Ameryką zawsze kojarzy się american dream: to kraj wielkich możliwości, kraj, w którym pucybut może stać się milionerem. Tylko że z książki Musiała wynika, iż tam nie żyje się naprawdę, tam dąży się do doskonałości fizycznej, tam gloryfikuje się cielesność, o której się nieustannie mówi i o której się ciągle rozważa. Tam człowiek staje się doskonałą maszyną, niezauważalną dla innych osobą, nieistotnym wręcz bytem, który tylko śni, bo ten sen jest siłą napędową. Do Ameryki przyjeżdżają ludzie — dreamerzy, których Ameryka kocha, których Ameryka potrzebuje, by razem z nimi śnić ten sen. A oni, mimo że nie spełniają swych marzeń i zderzają się z tymi twardymi regułami gry, które nie pozwolą im nigdy wypłynąć na szczyt, i tak kochają ten kraj i dalej śnią swój american dream.

0 komentarze :

Prześlij komentarz